Byliśmy tam wtedy, kiedy to się stało. Tak, byliśmy. Patrzyliśmy z góry, z boku, i z dołu jak po raz kolejny rozpada się świat, który razem zbudowaliśmy. Razem – słowo klucz.
12 listopada 1914. W trakcie I wojny światowej we wsi Morasko pod Poznaniem trwa gorączkowa akcja tworzenia umocnień i kopania rowów strzelniczych przez żołnierzy Rzeszy. Franc jest ledwo żywy ze zmęczenia, kopie mechanicznie. Popada w coraz większy stupor, wydmuszka człowieka. Rozgląda się wokół – żołnierze, a w zasadzie nie, po prostu ludzie – wszyscy, jak w jakimś histerycznym, bezrozumnym letargu. Brak snu, brak odpoczynku, brak chęci, puste oczy… I tylko ten instynkt przetrwania, za wszelką cenę, który nie pozwala rzucić wszystkiego i wystawić się na odstrzał…
„Wszyscy tu jesteśmy, jak żywe trupy”- myśli – „A przecież ja jestem przyrodnikiem, dlaczego zabijamy życie, zwłaszcza w sobie?”
I wtedy słyszy zgrzyt, ciało przenika mu nieprzyjemny dreszcz, który wyrywa go ze stuporu. Łopata natrafiła na coś twardego i ewidentnie metalicznego. Przez zniechęcenie i apatię przepływa nikła smużka zaciekawienia. Zaczyna kopać. Z ziemi zaczyna wyłaniać się dziwny, nieregularny kształt z brązowo- rudą powłoką. „jak skrzep zastygłej, brunatnej krwi” myśli Franc. Zaczyna rozgarniać ziemię wokół rękami nie czując, iż rani je o jakieś drobne, ostre odłamki w glebie. Bryła wyłaniająca się z ziemi dziwnie go przyciąga i napełnia energią. Jest bardzo ciężka. Nie udaje mu się jej podnieść, musi poprosić o pomoc, ale tak bardzo nie chce się z nikim dzielić swoim znaleziskiem… Siedzi nad nim jeszcze przez jakąś chwilę i myśli, a krople posoki z poranionych rąk spadają na metalową bryłę, szybko znikając na jej powierzchni, jakby znalezisko je w siebie wchłaniało.
– Do licha! Ten cholerny idiota złamał pieczęć! – zaklął O.
– No przecież wiedzieliśmy, że prędzej, czy później do tego dojdzie. I tak długo był spokój – odparła M.
– Czy mówiąc spokój masz na myśli ten ogłupiały ciemnogród ludzki i naszych ludzi w tych ludzkich ciałach, z wyczyszczoną pamięcią, błądzących jak dzieci we mgle? – spytał z przekąsem T.
– Tak, mniej więcej, to miałam na myśli – odrzekła M – mieliśmy chronić konkretne miejsca do momentu PRZEŁAMU, po którym ma nastąpić zmiana. Nie wiedzieliśmy dokładnie kiedy ów przełam nastąpi, może właśnie teraz?
– Wiesz, jakoś mi się nie wydaje patrząc na tych ludzi… – rzucił T.
– W każdym razie krew się wchłonęła i przełamała pieczęć – od tego momentu wszystko przyśpieszy – orzekł O.
– Tam jest obecnie front bitewny, ziemia nasyci się większą ilością krwi – dodała M.
– Nie tylko ziemia, niestety – stwierdził T.
Byliśmy tam wtedy. My istoty nieśmiertelne według ludzkiej miary. Różnie nas zwali, chociaż nigdy nie poznali naszych prawdziwych imion. Zwali nas Bogami, tak Bogami też. Wojny Bogów – interesująco brzmi.
Wróg nadciągał z różnych stron. Chcieli przejąć technologię sprzymierzonych z nami ras, ale nade wszystko chcieli przejąć Serce. Ochrona Serca to było nasze zadanie, od początku. Kto kontroluje Serce, ten kontroluje wszystko. Już wcześniej wymontowali kryształy z generatorów energii, zwanych przez ludzi piramidami, a konstruktorzy wroga rekalibrowali cały system generatorów tak, aby wysysał energię z Serca i w razie potrzeby z różnych istot żywych.
Wyglądało to, na przykład, tak, że zapraszano różne poselstwa i delegacje z innych krajów, albo centurie rzymskie, którym obiecano uhonorować ich sukcesy na polu walki wielką uroczystością odbywającą się nieopodal piramid. Wszystko wyglądało tak pięknie – trybuny dla zaproszonych na widowisko wyselekcjonowanych gości, piękne szaty, dekoracje, symbole, przemówienia… Żołnierze stojący dumnie wraz ze swoim centurionem, lub też poselstwo zwabione obietnicą zawarcia przymierza, podniosły nastrój… I w pewnym momencie błękitnoskóra kapłanka z dwiema parami rąk, w przejrzystej, szacie ze złotogłowiu dawała znak i wypowiadała pewne słowo, któraś piramida unosiła się lekko w górę na metalicznie połyskującym trzpieniu cylindrycznym, a spod niej uderzały zygzaki plazmowe. Prosto w żołnierzy, prosto w poselstwo, często w niewolników. Zawsze, ilekroć nasi przeciwnicy mieli zapotrzebowanie na większą ilość energii. Ci, w których trafiły zygzaki plazmy, byli drenowani z energii życiowej i w ciągu kilku sekund zmieniali się w mumie. Następnie z wierzchołka piramidy wysyłany był skoncentrowany promień energii z wydrenowanych istot. Gdzie? Niektórzy ludzie współcześni powiedzieliby – w kosmos.
To była nasza technologia, ale paskudnie przerobiona i paskudnie wykorzystywana. Pierwotnie zasilała Serce i dawała wszystkim organizmom żywym czystą życiodajną energię. Teraz tą energię z nich wysysała. Nie mogliśmy na to patrzeć. Egipt z całą zgromadzoną tam wiedzą został przejęty. Odczuwaliśmy to jako porażkę osobistą.
Opracowaliśmy więc plan zdemontowania elementów zasilających całego układu, tak aby niemożliwe było pozyskiwanie energii na taką skalę i jej transfer.
W 1956 roku, po II wojnie światowej pewien człowiek odkrył kolejną, sporą żelazną bryłę na terenie wsi Morasko. Posługiwał się metodami saperskimi mając nadzieję, że po dwóch dużych wojnach znajdzie tu jeszcze różne militaria, a przy okazji, być może, oczyści teren z niewybuchów i min przeciwpiechotnych, gdyby na takie trafił. Jego znalezisko zachęciło innych badaczy i poszukiwaczy.
– Następny kawałek wydobyli – znużonym tonem obwieścił L.
– Kto? – zapytał O.
– No, ludzie, to znaczy jeden człowiek, szukał czegoś po tych niedawnych bitwach – odpowiedział L.
– A… ludzie…, no tak, będą tam teraz grzebać…- stwierdził ze zniechęceniem O.
– Nie tylko tam grzebią, gdzie indziej też – wtrąciła M – co się dziwicie, przecież były tam dwa fronty, dużo krwi, dużo różnych DNA, no to aktywuje się i przedostaje na powierzchnię.
– Trzeba coś z tym zrobić, żeby trochę ich zahamować w tych zapędach, bo jak zaczną tak grzebać to mogą znaleźć te najważniejsze ukryte przez nas elementy – stwierdził O.
– Przecież są dobrze zabezpieczone energetycznie, a oprócz tego kratery zalane są wodą… – odparł L.
– Tak, ale mimo wszystko… – zamyślił się O.
– To proste – powiedziała M. – wyślijcie tam naszego człowieka, niech pokieruje utworzeniem rezerwatu przyrody na tym najbardziej newralgicznym terenie. Będzie podlegał ochronie ludzkiego systemu prawnego, który zakazuje grzebania w tego typu miejscach.
– I myślisz, że to ich powstrzyma? – wyraził wątpliwość O.
– Większość z pewnością – stwierdziła M – a na niepokornych też mam sposób.
W latach 1990 – 1999 kolejny poszukiwacz, Henry, dokonał kolejnych odkryć zrudziałych brył żelaznych na tym terenie. W 2006 na terenie Rezerwatu Morasko, utworzonego w 1967 roku, Cristoff wydobył bryłę ważącą 164 kg. Bryła otrzymała nazwę czołgu czterech pancernych i została zdeponowana w Muzeum Ziemi Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
– Słuchaj, co Ty mówiłaś – że masz sposób na niepokornych? Ten gość wyjął fragment z tego rezerwatu – z ironią zapytał L.
– Spokojnie – odrzekła M – wśród poszukiwaczy i naukowców są nasi ludzie, kierują wszystkim odpowiednio. W razie czego mają przekierowywać uwagę innych badaczy, tak aby nie odkryli czegoś, o czym nie chcemy ich jeszcze poinformować, a także mają zadbać, aby fragmenty nie były zbyt blisko siebie. Dlatego będą w różnych instytutach i muzeach ziemskich. Im dalej od siebie, tym lepiej.
W 2011 roku dwóch poszukiwaczy meteorytów, Geoff i Steve, zainteresowało się największym w Europie deszczem meteorytów żelaznych, który spadł na okolice obecnego miasta Poznań, w Polsce i pozostawił skupisko kraterów uderzeniowych, z których największy ma około 100 metrów średnicy i do 20 metrów głębokości. Deszcz ten, jak ustalili naukowcy, miał miejsce ponad 5000 lat temu. Poszukiwacze dostali pozwolenie na nakręcenie programu dla dużej, amerykańskiej stacji telewizyjnej na terenie Rezerwatu Morasko. Udało im się znaleźć niedużą bryłkę ważącą jedynie 34 kg.
– Interesują się coraz bardziej – stwierdził T.
– Oczywiście – rzekła M – przecież wiąże się to z PRZEŁAMEM.
– Ale skąd im wyszło te 5000 lat? – zapytał L. – Kompletnie od czapy.
– Nasi ludzie biorący udział w badaniach podrzucili – odparła spokojnie M.
W 2012 roku Maggie i Lucas, wraz z dwoma szanowanymi naukowcami uzyskali nowy rekord w poszukiwaniu meteorytów Morasko. Okaz, który znaleźli znajdował się ponad 2 metry pod ziemią i ważył 261 kg. Meteoryt znalazł się pod pieczą Wydziału Geologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
W 2015 i 2017 roku Andre i Miszel dokonali następnych odkryć, jedno z nich zostało okrzyknięte największym, do tej pory, znalezionym meteorytem w Polsce, z wagą 271kg.
– No ten to już naprawdę przesadził! Musiał to wyciągać? – zawołał L.
– Andreus to jeden z naszych, nic dziwnego, że takie miejsca go przyciągają – powiedziała M.
– Tak, ale obecnie nic nie pamięta, a łazi mi z tą, jak to nazywają, ramą, po naszej górze – powiedział T.
– Drzwi się odpaliły? – zapytał O.
– Na razie nie – odpowiedział T.
– Jeszcze nie czas – rzekła M.
Naszą operację dezaktywacji wrogo przejętej sieci energetycznej zaczęliśmy od przeniesienia naszych głównych ośrodków dowodzenia na teren wokół Serca. Nad samym Sercem rozpostarliśmy energetyczną kopułę ochronną, składającą się z różnych warstw, zabezpieczoną tak, aby wróg nie miał do niej dostępu. W razie gdyby dezaktywował lub zniszczył którąś z powłok, wiele pozostałych, zaimplementowanych i zakotwiczonych w innych wymiarach i gęstościach chroniłoby nadal, a my mielibyśmy czas na reakcję.
Teren był przygotowany dużo wcześniej, mieliśmy tu punkty strażnicze i miasta na planie gwiazdy, oraz całą sieć struktur pod ziemią. Wcześniejsza strategia polegała na tym, aby ukryć teren Serca, odwracając uwagę wroga budując zaawansowane technologicznie i cywilizacyjnie ośrodki, takie jak Atlantyda i jej podobne, po których nie został nawet ślad w zniekształconej historii dla ludzi.
Teraz skupiliśmy się wokół serca. Nasi utajeni agenci, obsadzeni w szeregach pzeciwnika, dokonali dywersji i zdemontowali z systemu energetycznego piramid, drobne elementy naszej technologii – płyty, w których nikiel, kamacyt i taenit połączone były w określone struktury (odkrywcy ziemscy nazwali je figurami Thomsona – Widmanstattena) i razem z innymi minerałami spoza układu słonecznego Ziemi, dawały niemal nieograniczone możliwości kompresowania w nich zarówno informacji wszelkiego typu, jak również energii.
Wiedzieliśmy, że wróg nie odkrył tych technologicznych możliwości i nie zdobył cennych zawartych tam wielodziedzinowych informacji. Skąd? To proste nie potrzebowaliby wówczas wysysać energii życiowej z ludzi, tworząc tym samym dla XIX – wiecznych umysłów owładniętych i zahipnotyzowanych wpływami Crowley’a rynku zbytu na lekarstwa z mumii. Jak również noszenia talizmanów z mumii, trzymania mumii w domach, jako prozdrowotnych eksponatów, czy, o zgrozo, wykorzystywania ich jako paliwa do lokomotyw. Tak, w XIX wieku w Europie szerzył się kanibalizm na wielką skalę, żyjący ówcześnie ludzie masowo zażywali zasuszone, dawno temu, szczątki innych ludzi, nie mając pojęcia, że ci których przerabiano na „leczące wszystko” medykamenty zostali w kilka sekund wyssani z esencji życia przez naszych wrogów.
Po wymontowaniu płyt cały system generatorów energii zdezaktywował się. Pobieranie energii, zarówno z Serca, jak i istot żywych było niemożliwe, ale Serce zostało, w dużej mierze, wydrenowane. Podjęliśmy trudną i brzemienną w skutkach decyzję. Część z nas została w naszych prawdziwych formach i pełnej mocy ogarniania wszechrzeczy, z pełnym spektrum przenikania przez każdą przestrzeń, każdy czas, każdą rzeczywistość równoległą, czy alternatywną, każdą energię, łącznie z tą skupioną i zagęszczoną do materii.
Jednak inni spośród nas zdecydowali się dopilnować spraw oddolnie. Co to oznaczało? Niewyobrażalny dla wielu istot koszmar pozbycia się tożsamości, możliwości, wciśnięcie się w ciasną, miękką, słabą, organiczną klatkę, składającą się z samych ograniczeń. Dobrowolne skazanie się na więzienie, z wymazaną pamięcią. Oznaczało zejście na Ziemię jako człowiek.
W maju 2015 roku zespół naukowy badający meteoryty Morasko, odkrył w składzie nowy minerał, który zatwierdzono pod nazwą czochralskit. Był to już drugi nowy minerał znaleziony w tym meteorycie na przestrzeni ostatnich lat. Pierwszy nazwano, na cześć meteorytu, moraskoit.
Na spotkaniu Koła Meteorytowych Maniaków Uniwersytetu Warszawskiego profesor Simon prowadził wykład:
– „ Wszystkie meteoryty powstają na skutek oderwania ich od macierzystego ciała niebieskiego (…). Morasko to meteoryt żelazny, a w zasadzie żelazno – niklowy, z nodulami troilitu i grafitu, mający w swej strukturze figury Thomsona – Widmanstattena i linie Neumanna. Zawiera pierwiastki i minerały pochodzenia pozaziemskiego. Typ – oktaedryt gruboziarnisty należący do grupy IAB (…). Początkowo sądzono, że deszcz meteorytów Morasko miał miejsce około 5000 lat temu. Ostatnie analizy, dowodzą jednak, że zdarzenie to nastąpiło znacznie bliżej naszych czasów, prawdopodobnie w średniowieczu, około XIV wieku(…)”.
– No to już trochę lepiej trafili – stwierdził z przekąsem L.
– A jakie to ma znaczenie? – zapytał T.
– Dla nich ma – odpowiedziała M – Żyją w czasie liniowym, starają się poukładać wszystko na tabelach chronologicznych.
– Rzeczywiście, zupełnie nie sposób im wytłumaczyć, że zawsze jest tylko TU i TERAZ i że wszystko wszędzie jest na raz w tym tu i teraz – stwierdził O.
– Niby jak chcesz im wytłumaczyć taką abstrakcję, w czasie ich krótkiego życia, z kodem czasu linearnego, starzenia się i z mózgami zaczopowanymi aluminium i innymi paskudztwami? – zapytał retorycznie T.
– Nie da się – odrzekł L – ale właśnie – czy widzieliście, że wróg zastawił kolejną pułapkę na naszych w ciałach ludzkich? Tworzy nową sektę – sektę przebudzonych.
– Mówisz to z dziwnym zachwytem… – pogroził palcem O.
– Nie no, po prostu budzi to we mnie pewną fascynację, to bardzo sprytne posunięcie…- zaczął tłumaczyć L.
– Tak to sprytne posunięcie, zwłaszcza, że na Ziemi jest cały system technologiczny stworzony do podsuwania fałszywych tropów i podsyłania zawracaczy i przekierowań uwagi – weszła mu w myśl M – ale to i tak nie zmieni tego, że PRZEŁAM będzie miał miejsce, najwyżej będzie trudniejszy i będzie to dłużej trwało, ale i tak nastąpi zmiana. Wiemy to od początku i my, i nasi obecni wrogowie.
– Wrogowie to też my, znaczy nasi, przynajmniej kiedyś – rzekł T.
– To właśnie miałam na myśli, chyba wszystkim nam ciążą już od dawna te role – podsumowała M.
– A niektórzy mają cykora.– dorzucił L.
Podzieliliśmy się między sobą na zakresy obserwacyjne i ochronne. Każdy z nas miał pod pieczą inny obszar, nie tylko w tej wykrojonej i wąskiej rzeczywistości ziemskiej, również poza nią, w wielu innych miejscach i na innych planach, Bacznie obserwowaliśmy także, tak zwane, inne linie czasowe i światy równoległe, wszak wróg nie spał i nie próżnował w tym czasie, a przecież wszyscy znaliśmy się bardzo dobrze od eonów. Byliśmy jedną grupą, która wyszła onegdaj z tego samego miejsca, czy też, jak niektórzy lubią to określać, źródła. Tyle tylko, że mieliśmy różne zadania do wykonania, niekiedy też różne poglądy i perspektywę, co do wykonania tych zadań. Normalne – jak w górze, tak i na dole.
I wszystko się trochę pokręciło. Podzieliliśmy się na dwa obozy. Wielu z nas wielokrotnie zmieniało stronę, w zależności od zmiany percepcji, od zmiany układu sił, a także w zależności od sojuszów zawieranych z licznymi rasami niższego rzędu, które próbowały ugrać coś dla siebie, coś, co dla któregoś z nas było niemoralne w myśl uniwersalnego kodeksu moralnego. Oczywiście nie chodziło nigdy o podział na dobro i zło, bo taki podział zwyczajnie nie istnieje – co dla jednego dobre, dla innego będzie złe. Jednak uniwersalny kodeks moralny nigdy nie podlegał i nie podlega żadnym wątpliwościom, Jest nienegocjowalny. Podzieliliśmy się więc na strony, a ówcześni ludzie nazwali to wojną Elohim. Dobrze brzmiało. My czuliśmy się raczej jakbyśmy rozgrywali kolejne partie szachów połączonych z Paintballem.
Każda ze stron miała swoich ludzi na dole, na Ziemi. Swoich w ciałach ludzkich. Problemem było to, że kiedy któreś z nas przechodziło drogą przez kanał rodny, maszyna reinkarnacyjna chwilę wcześniej wymazywała mu pamięć, a system matrycowy nadawał mu numer seryjny dla dokładnego namierzenia w każdym momencie, czasie i miejscu. Ci, którzy urodzili się jako ludzie nie mieli pojęcia po co tu są, a co istotniejsze – kim są. Udało nam się jednak zachować z nimi nikłą nić połączenia, niewykrywalną dla systemu matrycowego linię transferu pobieranych przez nich informacji i łączących się z tym emocji. Była to forma inwigilacji, to prawda, ale dzięki temu mogliśmy wiedzieć jak myśli i co czuje człowiek, czego doświadcza, jakim wpływom ulega i w jaki sposób.
Dzięki temu odkryliśmy, na przykład, że wróg stosuje haniebne środki opresji celem zastraszenia i wywołania w ludziach lęku, a następnie zbiera tą energię, dla siebie i do nakarmienia nią sprzymierzonych z nim ras niższego rzędu. To było niemoralne. A jeszcze bardziej niemoralne było odebranie istotom na Ziemi i w innych miejscach obozu wroga suwerennej woli i uczynienie z nich przymusowych niewolników, bez świadomości tego, że nimi są.
To było niewłaściwe. Wprawdzie ochrona ludzi nigdy nie była naszym priorytetem, właściwie w ogóle nigdy nie chodziło o istoty żyjące na powierzchni. Od początku priorytetem była ochrona innej, Przedwiecznej Istoty, dryfującej przez bezmiar Praoceanu, który ludzie zwą obecnie kosmosem. Jej ośrodek wszystkich życiowych procesów, czyli Serce, był niesamowicie skompresowaną, czystą energią. I to było źródłem naszego podziału. Mieliśmy chronić serce przed negatywnymi wpływami i próbami poboru energii, kiedy istota odpływała od punktu centralnego zwanego źródłem lub Centralnym Słońcem Galaktyki. Im dalej dryfowała, tym bardziej była narażona na ataki innych istot – pasożytów.
Najgorszy moment to ten, zwany przez mędrców ziemskich, Kali Jugą, w którym, u wszystkich istot żyjących na tej Przedwiecznej Istocie i w Niej, dochodziło do uwsteczniania się i prymitywizmu, a jednocześnie funkcjonowania w iluzji niebywałego postępu naukowego i technologicznego.
My wszyscy – my i nasi obecni wrogowie wyszliśmy z jednostki centralnej jako grupa chroniąca, podzielona na podgrupy mające czuwać w trakcie dryfu tych olbrzymich przedwiecznych Istot. Nasza jednostka, jako całość przydzielona była do tej, którą niektórzy zwą Gają. Jak doszło do rozdzielenia między nami na przeciwstawne grupy? Łatwo, zbyt łatwo – po prostu niektórzy z nas stwierdzili po jakimś czasie liczonym w eonach, że mają już dosyć tej swojej funkcji, że chcą się oddzielić od jednostki centralnej i, jakby to powiedzieli ludzie, trochę sobie „pożyć na luzie”.
Oczywiście jednostka centralna odcięła im zasilanie energetyczne, licząc na to, że szybko się opamiętają i zaczęli słabnąć. Niestety doszło u nich do głosu silne ego, gniew ich był wielki, zacięli się w swoim postanowieniu. Jednak oznaczało to, że będą musieli jakoś pozyskać energię, aby przetrwać i to zapoczątkowało błędne koło. Najlepsza energia była pod ręką, w Sercu Istoty, którą pierwotnie mieli ochraniać. Część z nas została wierna swemu zadaniu, więc broniliśmy Serca, część, jak już wspomniano, zmieniała strony. Bitwy toczyły się w różnych przestrzeniach, także tu, na Ziemi. To potem zostało nazwane wojnami przedwiecznych bogów, mało kto, z ludzi żyjących teraz, w końcówce Kali Jugi, a właściwie na przełamie dwóch er, wie, że te bitwy nigdy nie ustały.
Każda odsłona bitewna naszej wojny była bardzo wyniszczająca, czasem wymazywała z istnienia tylko miasta, niejednokrotnie państwa, a czasem całe cywilizacje. W zależności, która strona w danej bitwie wygrywała, ta układała sobie przestrzeń, łącznie z żyjącymi na niej istotami, na nowo, a odpowiedni skrybowie tworzyli, w sposób ukierunkowany, nową naukę i systemy edukacyjne, a nade wszystko układali historię. Wiadomo – historię piszą zwycięzcy. Tak więc za każdym razem istotom w różnych przestrzeniach przedstawiano to tak, że teraz wygrali ci dobrzy i odtąd wszystko będzie już tylko lepiej. Jednak nigdy tak nie było. W erze Kali Jugi było niestety coraz gorzej.
Naturalnie dla nas wszystkich odbywało się to w odczuwalnie innych interwałach czasowych niż dla ludzi. Ludziom czas między naszymi bitwami bardzo się dłużył. Przemijały całe pokolenia, co bardzo znacząco ułatwiało ingerencję w naukę i historię. Nigdy nie mieli pojęcia na czym tak właściwie żyją i że to jest naszym nadrzędnym celem i priorytetem, a nie wyzwolenie ludzkości. Ponadto wszyscy byliśmy bardzo skuteczni w odwracaniu ich uwagi od istotnych kwestii – raz wierzyli w to, że żyją na płaskim dysku, a za jakiś czas, że na planecie w kształcie kuli, która wraz z całym, jakimś układem planetarnym, dziwnie skrętnym ruchem leci przez mityczny kosmos. Z naszej strony to nie były złośliwe, z premedytacją podsunięte kłamstwa. Po prostu wiedzieliśmy, że w erze Kali Jugi ich zablokowane umysły będą przyjmowały tylko określone informacje. My robiliśmy wszystko żeby ich edukować i przygotowywać na PRZEŁAM w erach, kiedy to wielka Przedwieczna Istota, na której bytują, zaczyna zawracać i dryfować z powrotem w stronę Centralnego Słońca. Nie chcieliśmy aby potem, kiedy odzyskają świadomość mieli ciężkie brzemię bycia podobnym pasożytem, jak ich oprawcy, nasz obecny przeciwnik, który już też, dawno temu zrozumiał swój błąd, ale zaplątał się w bardzo niekorzystne kontrakty z rasami niższego rzędu, do tego stopnia, iż lawinowo zaczął odczuwać narastanie strachu przed Audytorami. Tak, istnieją też Audytorzy naszych wszystkich działań. To potężne istoty prześwietlające każdego, decydujące również o anihilacji jednostki, ale o Audytorach może innym razem.
Jedna z większych naszych bitew odegrała się całkiem niedawno. W starych ludzkich kronikach, opisano to dwa razy – jako komety z 1304 i 1305 roku. Jednakże to było jedno i to samo zdarzenie, dla nas, albowiem bitwa prowadzona była w różnych wymiarach i liniach czasowych. Lecz dla ludzkiego oka wyglądało to, jak rok po roku. Badacze i naukowcy ziemscy rozdzielili je odpowiednio – w wyniku zdarzenia z 1304 roku doszło do spadku meteorytów nazwanych później od miejscowości, w których zostały znalezione, Tabarz i Jankowo Dolne. A drugie nazwali Bolidem wielkopolskim i opisali jako kolizję asteroidy żelaznej z Ziemią, która miała miejsce 18 kwietnia 1305 roku według kalendarza juliańskiego. Meteoryt Morasko i Przełazy uznano za pozostałości po tym zdarzeniu.
A jak to wyglądało z naszej perspektywy?
Kiedy zdemontowaliśmy nasze tablice z układu generatorów, przewieźliśmy je na tereny zaadoptowane, bliżej Serca. W różnych miejscach na Ziemi postawiliśmy specjalne struktury energetyczne, rodzaj sejfów do zdeponowania poszczególnych elementów naszej technologii, w tym wspomnianych tablic. Struktury, w których je umieściliśmy na przestrzeni ziemskiej były zagęszczone i wyglądały jak katedry. Dla zmylenia wroga emitowały taką samą częstotliwość pulsowania jak Serce. Niektóre tablice zaś, umieszczone zostały w naszej broni – specjalnych dezintegratorach powiązań międzycząsteczkowych i pól torsyjnych.
I tak – wróg dał się nabrać, a może nie, może przylecieli tylko sprawdzić czy to Serce, czy podpucha? Ich statek zauważyliśmy chwilę przed tym, jak zmaterializował się, czyli zagęścił w przestrzeni ziemskiej. Był to statek jednej z niższych ras. W swojej, lżejszej, energetycznej formie, jego struktura wyglądała inaczej, ale po zagęszczeniu się w atmosferze Ziemi składał się w dużej mierze z żelaza. Zapewne mieli jakiś typ sonarów szperających, bo dość szybko zorientowali się w mistyfikacji. Wypuścili wiązkę promienia laserowego prosto w naszą katedrę – sejf na Morasku. Fizyczna forma katedry rozsypała się w pył, tworząc na miejscu wysoki kopiec. Jednakże reszta struktury miała się dobrze. Ich atak nastąpił ułamki sekundy, czasu materialnego, liniowego, wcześniej niż nasz. Technologia wrogiej rasy niższej pozostawała lata świetlne za naszą. Uderzyliśmy w nich ową bronią dodatkowo wzmocnioną jedną ze wspomnianych tablic. Impakt nastąpił szybko, a efekt był spektakularny. Statek zaczął falować, jakby był z płynnej rtęci, a następnie rozpadł się na miliony mniejszych i większych kawałków, które w atmosferze Ziemi płonęły. To był właśnie ten słynny, opisywany później płonący deszcz meteorytów. Jednocześnie nastąpiło sprzężenie zwrotne promieni impaktowych i powstał tunel podciśnienia, który zaczął zasysać naszą tablicę, przekształconą z formy materialnej do coraz mniej zagęszczonej. Eksplozja statku spowodowała również rozszczepienia w strukturze tablicy. Rozszczepienia na bardzo drobne cząstki, które pomieszały się z płonącymi już fragmentami statku. To właśnie te struktury, wtopione w żelazne bryły, naukowcy nazwali potem figurami Thomsona – Widmanstattena, oraz nodulami troilitowo – grafitowymi i nodulami fosforanowymi.
Cząstki tablicy, dowolnie rozproszone mogą połączyć się same. Potrzebny jest tylko pewien rodzaj klucza. Jest nim specyficzne DNA. U niewielkiej grupy ludzi występują jego fragmenty. Dlatego właśnie wsiąkająca później, na tym obszarze, krew spowodowała migrację brył żelaznych w stronę powierzchni ziemi. Nasi przeciwnicy poszukują tego DNA w ciałach ludzkich na wiele różnych sposobów.
Załoga statku miała wokół siebie specjalne pola ochronne, co po zagęszczeniu w przestrzeni ziemskiej wyglądało jak jaja – kapsuły. Zdążyliśmy ich dopaść po tym jak się katapultowali. Nie, nie zlikwidowaliśmy ich. Zmieniliśmy kod ich kapsuł na hibernację z zachowaniem pełnej świadomości upływu czasu i zanurzyliśmy w głębinach ziemi. Tak, odpoczywają sobie w tych słynnych kraterach zalanych wodą na terenie obecnego Rezerwatu Morasko, a właściwie trochę niżej, pod nimi. Zostawiliśmy ich do osądzenia przez Audytorów. Dura lex, sed lex. Nasza eks-katedra nadal istnieje, teraz w optyce ludzkiej to Moraska Góra, czeka na naszych ludzi w ciałach ludzkich, którzy po PRZEŁAMIE stopniowo będą odzyskiwać pamięć tego kim są, jak uzyskają określony próg świadomości wówczas katedra pokaże im się w swojej energetycznej formie, zarówno ta katedra, jak i wszystkie inne, które tu zbudowaliśmy.
– No cóż tam ? Czemu nas tak nagląco przywołałeś? – zapytał O.
– No bo musicie to sami zobaczyć! – wykrzyknął rozentuzjazmowany L. – Drzwi się odpaliły!
Victor szedł przez Rezerwat Morasko. Od pewnego momentu patrzył wyłącznie pod nogi, co jakiś czas schylał się i podnosił dziwny kawałek… czegoś. Nie był to żaden znany mu minerał, ani kawałek skały, a znał się na tym, gdyż był geologiem. Zafascynowany oglądał zbierane bryłki – były przejrzyste i wyglądały jakby miały w środku coś w rodzaju małych galaktyk. Poszczególne świetlne punkciki poruszały się po mniejszych i większych okręgach, gdzieniegdzie występowały malutkie mgławice. Nie zauważył, jak idąc szlakiem niespotykanych bryłek, dotarł do podnóża Moraskiej Góry.
– Ej! Czy to jest uczciwe? – zapytał T – Obiecaliśmy, że nie będziemy robić żadnych ingerencji, a ty mu rzucasz te bryłki jak chlebek kaczkom!
– Nieprawda! Przecież sam idzie – odciął się L.
– Idzie bo go prowadzisz! – upierał się T.
– To właściwie nie jest żadna ingerencja – odezwała się M obserwując idącego Victora – Poza tym obiecaliśmy nie wtrącać się w odzyskiwanie pamięci i świadomości, a to nie jest ani jedno, ani drugie.
– Otóż to! – triumfował L.
Victor, zorientowawszy się, że teren przed nim zaczął się wznosić, przystanął i skonstatował, że doszedł, prawdopodobnie, do podnóża Moraskiej Góry. Rozejrzał się w poszukiwaniu kolejnych dziwnych, migotliwych bryłek. Nie dostrzegł ich jednak. Wówczas spojrzał wprost przed siebie.
To, co zobaczył było chyba jeszcze dziwniejsze niż owe przejrzyste bryłki. Trochę powyżej, w górze, rysowały się drzwi. To znaczy coś, co wyglądało jak drzwi, ale było plątaniną dziwnych, jarzących się linii, coś jakby piorunowo – prądowych, czy licho wie jakich. Wtem owe „drzwi” uchyliły się, a z wnętrza wyjrzała jakaś postać, na oko nie człowiek, chyba że taki wyjątkowo piękny człowiek i w dodatku bardzo wysoki. Postać miała na sobie coś w rodzaju sukni, która jaśniała w podobny sposób, jak zbierane wcześniej bryłki. Uśmiechnęła się, jakoś tak sympatycznie.
– Witaj z powrotem! – powiedziała M – Dobrze, że wreszcie dotarłeś. Długo czekaliśmy.
Autor: Ada Arden
Wszystkie postacie, dialogi i wydarzenia przedstawione w opowieści mają charakter fikcyjny. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych, miejsc czy zdarzeń jest przypadkowe lub stanowi zabieg literacki. Tekst łączy elementy nauki, historii oraz fantastyki i nie stanowi opracowania naukowego.




