Nocne niebo nad Mazowszem w 1868 roku rozświetliło się w sposób, którego świadkowie nie zapomnieli do końca życia. Meteoryt Pułtusk – jedno z największych tego typu zjawisk w Europie – do dziś fascynuje naukowców, poszukiwaczy i miłośników kosmosu. Ale co jeśli ta historia ma drugie, znacznie bardziej niezwykłe oblicze?
Bolid nad Warszawą – początek jednej z największych historii meteorytowych w Polsce
30 stycznia 1868 roku, na ziemiach polskich, około godziny dziewiętnastej, zaobserwowano nad Warszawą mknącą po niebie świetlistą kulę ognia. Gazety z tamtego okresu opisywały owe zjawisko następująco:
„(…) Zjawisko obserwowane z Warszawy widoczne było na niebie w postaci kuli ognistej lecącej od głowy Andromedy przez gwiazdozbiory Kasjopei, Cefeusza i Smoka do gwiazdy n Wielkiej Niedźwiedzicy: kuli wlokącej za sobą wygięty ogon, którego wklęsłość skierowana była ku dołowi. (…)” – Broszura Babczyńskiego
Początkowa niezwykła, bielejąca jasność kuli stopniowo zaczęła się tonować i zmieniać barwy; z białej stała się zielonkawo – niebieskawa, a w końcu ciemnoczerwona.
Mieszkańcy Warszawy, można powiedzieć, wręcz rutyniarze nawykli do niszczenia im miasta przez licznego, na przestrzeni wieków, wroga, wybiegli z domów, bądź wyjrzeli przez okna, myśląc, iż to pewnie pożar wywołany kolejnym atakiem. Mylili się jednak sromotnie, albowiem nie zdawali sobie sprawy, iż był to, w rzeczy samej i z założenia, przyjacielski przekaz.
Szkolna wycieczka do Pułtuska – początek niezwykłej opowieści
Klasa Vb jechała autokarem na wycieczkę do Pułtuska. Traf chciał, że ich przewodnik był uznanym w środowiskach akademickich profesorem historii Polski i historii powszechnej, ale także lingwistą, specjalistą od języków wszelakich, w tym zapomnianych, jak również antropologiem i archeologiem. Profesor wykładał na uniwersytetach na całym świecie, jeździł na różnego rodzaju sympozja, gdzie starał się grać pierwsze skrzypce w uświadamianiu swoich kolegów po fachu, zwłaszcza tych młodszych, w licznych błędnych założeniach, z których wyprowadzali swoje wywody naukowe; starał się edukować młodzież licealną, co do historii kraju, w którym się urodzili, gdyż w tej latorośli upatrywał nadzieję na rozbudzenie patriotyzmu i umiłowania tradycji i kultury polskiej; niepojętym sposobem znajdował czas na odwiedzanie szkół podstawowych i przekazywanie legend lechickich w niezwykle realistyczny sposób, czym doprowadzał do rozpaczy liczne panie nauczycielki; oprowadzał też liczne wycieczki turystów, tak rodzimych, jak i zagranicznych po dowolnych miejscach terenów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i poza nią. Profesor Ignacy Onegdajski, gdyż był to on, we własnej osobie, bardzo dawno temu podjął się misji odzyskiwania i krzewienia wiedzy wszędzie, gdzie tylko się da. Uważał się za niosącego pochodnię prawdy i wiedzy, nie jakiś tam zaledwie marny ogarek, czy kaganek. W gruncie rzeczy, w głębi swego jestestwa, uważał się za monumentalną latarnię, tyle tylko, że ruchomą z konieczności, trwającą jednak, niezniszczalnie, wręcz hardo, na bezkresnych, czarnych wodach wszechogarniającego oceanu niewiedzy, powierzchowności, tandetnych, plastikowych zabawek i bezczelnych kłamstw. Jednym słowem – profesor Onegdajski był idealistą.
Opowiadał właśnie bardzo młodym umysłom o Pułtusku, na zwiedzanie którego wszak, przybywali.
Skąd się wzięła nazwa Pułtusk? (i dlaczego dzieci mają swoje teorie)
– … tak więc, Kochana Młodzieży, zapamiętajcie sobie, że Pułtusk uważany jest dziś za jedno z najstarszych miast na Mazowszu. Jedne z najstarszych, obecnie, ślady osadnictwa na wyspie pochodzą z XII wieku, ale powiem Wam, w jawnym sekrecie, że miasto to jest znacznie starsze…
Grupka chłopców usadowiona w najlepszej części autokaru, czyli na końcu, namawiała się przez dłuższą chwilę. W końcu wytypowali spośród siebie tego, który miał zadać pytanie:
– Proszę pana – a dlaczego pół tuska, a nie cały tusk? – wystrzelił pytanie wytypowany.
Pani wychowawczyni klasy spiekła raka, ale pani polonistka, jak zwykle czujna, natychmiast przystąpiła do akcji:
– Radziszewski! PÓŁ przez o z kreską od POŁOWY! Ile razy mam ci powtarzać, że nie zdasz egzaminu ósmoklasisty, jak się nie weźmiesz za ortografię!
Wspomniany Radziszewski, z wypiekami w kolorze ceglastym na swym licu, zaczął nieśmiało protestować:
– Ale pszepani przecież ja się o to pytam słownie, a nie piszę…
– Nie pyskuj, Radziszewski – tu polonistka złowrogo pogroziła palcem – ja doskonale słyszę, że ty mówisz przez u zwykłe.
Profesor Onegdajski z niejaką lubością przypatrywał się scenie w autokarze. Lubił ludzi i chętnie przyglądał się ich relacjom wzajemnym. Postanowił przyjść w sukurs młodemu, niepoprawnemu urwisowi:
– Otóż…- tu zrobił znaczącą pauzę, po czym wznowił – rzeczywiście istnieje wytłumaczenie na obecną nazwę miasta Pułtusk. Takoż istnieje, w różnych językach, słowo tusk.
– A co to znaczy, proszę pana? – zapytała dziewczynka z fioletowymi warkoczykami na głowie, siedząca po środku.
– A to różnie, w różnych językach – odparł profesor – na przykład w języku kaszubskim oznacza psa lub kundla, w języku estońskim oznacza zmartwienie, żal, smutek, w angielskim wymawiane przez a oznacza kieł, a w norweskim oszustwo.
Na chwilę w autokarze zapanowała cisza. Pani wychowawczyni i pani polonistka wpatrywały się w profesora okrągłymi oczami. Na dzieci jednakże, jak zawsze, można było liczyć. W chłopcu siedzącym po prawej stronie Radziszewskiego wyraźnie narastało wewnętrzne ciśnienie do wypowiedzenia wniosków z przed chwilą przetworzonych informacji:
– Czyli my jedziemy do połówki kła wpół oszukańczego, wpół rozżalonego w połowie kundla? – nagromadzone ciśnienie szybko znalazło ujście przez otwór gębowy.
– Pietrzykowski! – wykrzyknęła pani wychowawczyni.
– No co przepani?! Ja przecież tylko zrobiłem rozkminę tej nazwy… – odpowiedział urażony chłopiec.
– To już ty lepiej nie rób tych rozkmin i się nie odzywaj! – odcięła się zdenerwowana wychowawczyni.
Profesor Onegdajski uśmiechnął się pod wąsem i gestem męża opatrzności i nietykalnego spokoju uciszył wzburzenie w autokarze.
– Dociekliwość i chłonność młodych umysłów jest cnotą, ze wszechmiar, pożądaną nie należy jej tłumić, a wręcz przeciwnie – rozniecać oliwą zaciekawienia – zwrócił się do pań nauczycielek.
Legenda o grodzie Tusk i jego zniszczeniu
Nauczycielki milczały, jednak z ich min łatwo dało się wywnioskować, że znają swoich uczniów na tyle dobrze, iż dosłownie o żadne cnoty nawet ich nie podejrzewają, a profesor jest wyraźnie niedzisiejszy, aczkolwiek alkoholu od niego nie czuć.
– Wy zaś, kochana młodzieży – tu profesor zwrócił się do dzieci – bardzo ciekawie złożyliście swe spostrzeżenia, słownie wyrażone przez waszego kolegę Pietrzykowskiego, do przemyśleń których to spostrzeżeń gorąco was zachęcam; tak samo jak do analizy różnych nazw, nazwisk i słów w języku polskim. Co jednakowoż może stanowić pewne wyzwanie, gdyż trzeba wam wiedzieć, że język nasz ma największą ilość słów ze wszystkich języków na świecie i najbardziej rozbudowaną gramatykę.
– Wracając jednak do nazwy miasta Pułtusk – istnieje pewna legenda, którą teraz chętnie wam opowiem. Otóż niegdyś, bardzo dawno temu, nad rzeką zwaną Poltawią lub Peltavią, wznosił się gród o charakterze głównie handlowym, a to dlatego, że szlaki handlowe, tak wodne, jak i lądowe, przez niego prowadziły. Gród ten nazywał się Tusk. Mieszkańcy żyli tu dostatnio i szczęśliwie, być może dla jakich zazdrosnych oczu, zbyt dostatnio i szczęśliwie. Pewnej nocy rozpętała się niepowstrzymana burza, niebo huczało rozrywane gromko zapowiadającymi się błyskawicami, ulewa siekła domostwa i dojrzewające plony, wezbrana rzeka z rykiem straszliwym wdzierała się do osady…
Tu profesor przerwał. Potoczył okiem swym po dzieciarni. Ukontentowany skonstatował, że wszyscy siedzą zasłuchani. Trzeba wiedzieć, bowiem, że profesor Onegdajski miał niezwykły talent mówienia o przeszłych wydarzeniach w taki sposób, że przed oczami słuchaczy przesuwał się jakby film z owych wydarzeń, a emocje były wyraźnie odczuwalne.
– I wtedy – podjął profesor – nagle, piorun uderzył w jedną z drewnianych chat! Najpierw rozległo się dudnienie ze świstem, potem rumor i trzask, i chwilę później już cała chałupa stała w ogniu. Od niej zajęły się następne budynki, a po nich jeszcze inne, w tym budynki gospodarskie i spichlerze. Po ugaszeniu straszliwego pożaru okazało się, że zostało tylko pół osady, którą, od tej pory, nazywano Pułtusk. I właśnie tak, drogi Radziszewski, tu miałbyś słuszność mówiąc i pisząc przez u zwykłe, albowiem taka kiedyś była poprawna pisownia – zakończył profesor.
Cisza w autokarze trwała, a Radziszewski zadowolony, co i rusz, strzelał oczami z satysfakcją w polonistkę.
– No ale właśnie dojechaliśmy do Pułtuska – oznajmił profesor wyrywając słuchaczy z zamyślenia – teraz pójdziemy sobie obejrzeć Muzeum Regionalne, Zamek Biskupów Płockich, potem najdłuższy rynek w Europie z zabytkowymi kamienicami, Ratusz, a potem będę miał dla was niespodziankę…
Współczesne poszukiwania meteorytu pułtuskiego
Na polach nieopodal Pułtuska pan Arkadiusz właśnie gotował sobie potrawkę z własnoręcznie zebranych okolicznych składników. Kawałek dalej, jego znajomy, pan Astrowski, przeczesywał wykrywaczem łąkę metodą pod sznurek. Obydwaj mieli na koncie duże sukcesy w wyłuskiwaniu z ziemi kawałków meteorytu pułtuskiego, z tym że pan Arkadiusz zajmował się tym znacznie dłużej, tak w zasadzie dłużej niż ktokolwiek mógłby pomyśleć.
Dokładnie w chwili kiedy aromat potrawki zaczął roznosić się w powietrzu i mile łaskotać kubki smakowe na widzianej w oddali polnej drodze pojawił się autokar wypełniony dzieciarnią.
– O nie! – krzyknął pan Arkadiusz – Tylko nie to!
Autokar zatrzymał się. A z wnętrza wypadł uśmiechnięty, od ucha do ucha, profesor Onegdajski.
– Acha! Węch mnie nie mylił! – zakrzyknął wyraźnie uradowany – Młodzieży! Trafiliśmy w sam raz na pyszną strawę!
– Mam tylko mały garnuszek.. – próbował bronić swojej potrawki pan Arkadiusz.
– Nic nie szkodzi – dobrotliwie odrzekł profesor – starczy dla wszystkich, jak zwykle.
– Droga młodzieży! – profesor zwrócił się do dzieci – To jest mój stary przyjaciel – pan Arkadiusz. Opowie wam o deszczu meteorytów zwanych dziś pułtuskimi.
Pan Arkadiusz i profesor Onegdajski rzeczywiście znali się od bardzo, bardzo dawna i pan Arkadiusz wiedział, że nie ma takiej siły , która skłoniłaby profesora do zmiany kursu z raz obranego celu. A celem tym, już od dekad, była edukacja społeczeństwa w obszarach bliskich sercu profesora, czyli ludzkości i jej historii. Jednakże pan Arkadiusz, w przeciwieństwie do swego przyjaciela, aż takiego umiłowania człowieka w jego dowolnych formach i stanach świadomości, nie odczuwał, co nie raz profesor mu wytykał, jako niechwalebne zachowania. Pan Arkadiusz zdecydowanie wolał obcować z przyrodą niż z ludźmi, na samą myśl o zatłoczonych ludźmi miejscach robiło mu się słabo. Postanowił skorzystać z koła ratunkowego, które w postaci pana Astrowskiego zdążyło wprawdzie trochę się już oddalić pod las, ale nadal było widoczne.
– A, no tak.. dobrze… to chodźcie…e…wy, mali ludzie i drogie panie nauczycielki… – pan Arkadiusz wyraźnie nie miał wprawy w komunikacji międzyludzkiej – tam dalej jest mój znajomy z wykrywaczem i ma wprawę w przebywaniu z takimi małymi ludźmi, i on wam wszystko opowie.
– A to prawdziwy wykrywacz jest? – zapytał Radziszewski – Można nim szukać złota?
– Tak, tak, złota też, jeśli kto ma taką potrzebę – odpowiedział pan Arkadiusz – No chodźcie już chodźcie, pan Astrowski na pewno wszystko wam chętnie powie ze szczegółami.
Rzeczywiście pan Astrowski ucieszył się wyraźnie z nowej publiczności.
– Świetnie! – zakrzyknął – Przyszli, potencjalni poszukiwacze!
– A proszę pana, czy to prawda, ze to jest wykrywacz do złota? – chciał koniecznie wiedzieć Radziszewski.
– Ano właśnie, do złota i nie tylko. – odparł pan Astrowski – można tym szukać, złota, srebra, platyny, miedzi, żelaza, starych monet, meteorytów..
– A proszę pana, a broni też? – oczy Pietrzykowskiego przybrały wielkość spodków kosmicznych.
– Tak, broni też, ale wiecie – zabronione jest wydobywanie czegoś takiego osobiście, trzeba poinformować odpowiednie służby, jak się coś takiego znajdzie – poinformował pan Astrowski.
– Uuuu… – westchnęła grupka chłopców.
– No, a teraz pokażę wam jak się obsługuje taki wykrywacz i poszukamy razem meteorytów…
Profesor Onegdajski wraz z panem Arkadiuszem postanowili oddalić się w stronę kociołka z potrawką. Kiedy szli profesor powiedział:
– Widzę Arkadius, że coraz lepiej sobie radzisz z ludźmi. Nie uciekłeś, jak poprzednim razem i nawet coś do nich powiedziałeś – profesor uśmiechnął się nieznacznie pod wąsem.
– Ignis! Ty to jesteś! – nieoczekiwana pochwała zupełnie nie wpłynęła na pana Arkadiusza – Ty naprawdę chciałeś żebym ja im opowiedział co wydarzyło się pod Pułtuskiem wtedy?
– No a czemużby nie? Na pewno by ich to zainteresowało, a panie nauczycielki wyjaśniłyby, że to taka bajka sf. – uśmiech profesora się pogłębił.
– E… chodźmy już może na tą potrawkę – westchnął zrezygnowany pan Arkadiusz.
– Chętnie! – profesor przyspieszył kroku – tylko miarkujmy się, żeby dla tych urwisów starczyło. Ja zjem trzy miski!
– Jak zwykle – westchnął ponownie Arkadius i także przyspieszył, aby dogonić przyjaciela.
Czy wszystko zaczęło się wcześniej? Tajemnicze wydarzenia z 1867 roku
A zdarzyło się tak, że wieczorem 13 lipca 1867 roku Jakub Wrzosek, ze wsi Obryte, zaganiał, jak co dzień, krowy z pastwiska. Krowy, na ogół posłuszne, były dziś czymś wyraźnie poruszone. Stawały co chwila, muczały, odwracały łby w prawo i patrzyły w górę.
– A bodajby was! – zaklął Jakub – Na co się tak jopicie?!
Po czym także spojrzał w górę. Spojrzał i zaniemówił. Na niebie było mnóstwo gwiazd i księżyc, a przed nimi, wyraźnie dużo bliżej ziemi wisiało coś, jakby z metalu, z wirującymi pierścieniami dookoła i błyskające różnymi światłami.
– A co to diabli nadali? – pomyślał sobie w duchu, a następnie się przeżegnał – W imię, ojca i syna…
Tu przerwał, gdyż obiekt, w sposób nie budzący wątpliwości, zaczął przemieszczać się szybko w jego stronę. Jakub nie tracił czasu, aby przekonać się jak wygląda z bliska. Zostawił krowy i rzucił się do ucieczki.
Przebiegł przez pastwisko, wpadł do swojej chaty, gdzie, w pierwszej kolejności porwał ze ściany przy drzwiach poręczny, dobrze zaostrzony sierp. Nazad wybiegł przez drzwi, zatrzymał się i krzyknął do obserwującej go połowicy:
– Ty się schowaj pod łóżko, Irka! Bo kosmity przyleciały!
Po czym puścił się biegiem.
Żona popatrzyła za nim i pomyślała sobie, że chłop znowu zachlał samogon razem z Jędrkiem od Bałutów to i nic dziwnego, że jakie kosmity widzi. Wzruszyła ramionami i wróciła do poprzednich zajęć gospodarskich.
Jakub pędził z sierpem w dłoni, na skos przez pole, prosto do księdza proboszcza.
Wpadł na plebanię z okrzykiem na ustach: – Księże proboszczu! Księże proboszczu! Kosmity…! Tu urwał gdyż na plebani wokół księdza proboszcza zgromadzonych już było więcej osób, które przekonywały księdza o obecności dziwnego obiektu nad wsią.
– O następny! – powiedział z dezaprobatą ksiądz – Chłopy, chłopy! Tyle chlacie, że i zwidy macie! Jakie kosmity? Wstrzemięźliwość w piciu alkoholu wam zalecam i za robotę się wziąć to i zwidów mieć nie będziecie!
– Ale księże proboszczu! – wypalił rozgorączkowany Jakub – To leciało na mnie! I krowy wystraszyło!
– Oj Jakub, Jakub, ty to już najbardziej powinieneś odstawić procenty, to i wzrok ci się poprawi! – denerwował się coraz bardziej ksiądz – ja wam mówię, że nic tam takiego nie ma!
To mówiąc wyszedł przed plebanię. Niebo było czyste, nie licząc gwiazd i księżyca. Ksiądz rozejrzał się dookoła, a następnie triumfalnie, lecz i z potępieniem zwrócił się do chłopów:
– Mówiłem? Nic tu nie ma. Żadnych obiektów, żadnych kosmitów. Przestańcie chlać bo to wam na mózg pada!
I rzeczywiście nic niepospolitego nie było już w Obrytem, bo obiekt kosmiczny zdążył polecieć dalej i wisiał teraz, dla odmiany, nad wsią Rzewnie.
Lądowanie, którego nie zapisano w historii
We wsi Rzewnie kilka miejscowych bab siedziało pod figurą Najświętszej Panienki; był to doskonały punkt wymiany informacji wszelkich. Narzekały właśnie na swoich chłopów i jedna z nich wzniosła wymownie oczy do nieba, co by wydatnie zaakcentować niesiony przez siebie ciężki krzyż udręk powszednich.
Naraz oczy jej stanęły w słup, buzia rozdziawiła się, a z ust dobył się jęk, ni to zgrozy, ni to skomlenia, dodatkowo ochrypły od kilkugodzinnej paplaniny.
– O tam! O tam! – wychrypiała, grubym paluchem dźgając niebo.
Inne baby też spojrzały. Wyraźnie w ich kierunku, z nieba sunął metaliczny dysk.
– O Jezuśku!
– o Maryjo Przenajświętsza!
Zaczęły biadolić baby
– Cóż to za diabelstwo!
– Wszelki duch…!
– Pomódlmy się baby, to może zniknie! – zawołała która.
Zaczęły się modlić. Jednak obiekt ani myślał zniknąć. Przeciwnie, wyraźnie zaczął obniżać nad nimi lot.
– Toż kapliczkę i figurkę nam rozpizdży! A ja dopiero com nowe wstążki zawiązała! – krzyknęła jedna.
– Walczakowa! Tfu! Na psa urok! Nie zaklątwiaj! – zganiła ją inna.
Chwilę potem obiekt osiadł, a odłamki cegieł i zaprawy murarskiej strzeliły na wszystkie strony, zaś kolorowe wstążki zaplątały się w wirujące pierścienie.
Baby rzuciły się do ucieczki, mało nóg nie połamały. Wszystkie biegły w jednym kierunku – do księdza proboszcza.
Jeśli chodzi o sam obiekt to rzeczywiście był to statek kosmiczny obcej ludziom rasy, przybywającej z innej galaktyki. Statkiem przybywała ekipa naukowców badających różne żywe i martwe gatunki w kosmosie, stopień zaawansowania, kulturę tychże gatunków, klimat i warunki bytowania. Była tez wśród nich grupa ekologów. Wszyscy byli nastawieni życzliwie i pokojowo.
Po wylądowaniu na ziemi wyszli i rozleźli się po całej okolicy.
Lądowanie, którego nie zapisano w historii
Jakimś niepojętnym sposobem do oficjalnej historii nie trafiły żadne, najdrobniejsze nawet wzmianki o wydarzeniach, które rozgrywały się wówczas we wsi Rzewnie i okolicach. A działo się, oj działo!
Najpierw ludzie, ze zrozumiałych względów bali się dziwnych mackowatych, rozlazłych istot, które przeraźliwie gruchały i gulgotały nie wiadomo, z której części ciała. Wszyscy zatem chowali się przed nimi gdzie się dało, jednak nie na tyle daleko, żeby spuścić swoje gospodarstwa z oczu. Potem zobaczyli, że istoty chwytają krowy i konie, i gulgocząc do nich obściskują je, tak że biednym zwierzętom oczy wychodziły z orbit. Następnie łapali kury i zbliżali je do jakiegoś otworu w swoim ciele i cmokali. Ludziska myśleli, że kosmity chcą zjeść drób żywcem, jednakże, po każdym cmoknięciu, kury były odstawiane na ziemię. Świnie miały gorzej, bo rzucali je do góry, jak piłki, łapali i znowu rzucali, tak, że biedne zwierzątka traciły przytomność od nadmiernych wrażeń. Na szczęście później ją odzyskiwały i puszczały się ze straszliwym kwikiem wprost przed siebie, większość do lasu. Potem istoty zaczęły badać pozostawione na podwórzach i w obejściach wozy i furmanki. Wyglądało to tak, że któryś z nich sadowił się w wozie, a inny popychał bardzo mocno, tak że wóz leciał kilkaset metrów do przodu zatrzymując się w najmniej dogodnych, do wysiadania, miejscach, w tym na budynku kościoła i na chałupach, niszcząc je w stopniu znacznym. Na ogół ten na wozie bardzo gruchał i gulgotał, i wyraźnie chciał jeszcze. Zadeptali całe pola i grządki warzywne. Z prostokątnych urządzeń z rurkami psikali jakimś świństwem, które śmierdziało straszliwie zgniłymi jajami. Oczy od tego łzawiły i wszyscy ludzie zaczęli kichać okrutnie. Któregoś razu złapali Jacka Pyziaka. Pogruchali do niego, pocmokali i zabrali na statek. Wrócił stamtąd zdezorientowany. Mówił, że pokazywali mu jakieś obrazki zwierząt i rzeczy, jak dla dzieci z podstawówki i kazali mówić jak to się nazywa. Na końcu pobrali mu krew, pogłaskali po głowie i wypuścili.
W końcu ludzie zaczęli szeptać między sobą, że to jakieś kosmiczne lebiegi i przygłupy są i że trzeba się ich jakoś pozbyć. Ksiądz proboszcz napisał w tym celu do kilku instytucji naukowych w kraju, a także do hierarchów kościelnych, ale zyskał tylko tyle, że został posadzony o nadużywanie wina mszalnego.
Profesor, który rozmawiał z kosmitami
Jednakże pewnego pięknego dnia przybył do Rzewni profesor z Narodowego Instytutu Badawczego, jakiego instytutu, tego ksiądz nie zrozumiał, ale było mu to zupełnie obojętne w obliczu przybyłej odsieczy, która, jak miał ksiądz nadzieję, zwróci mu wiarygodność, przynajmniej w oczach przełożonych.
Profesor przedstawiwszy się jako Ignacy Onegdajski, wysłuchał wszystkich relacji, a potem poszedł wprost do kosmitów. Gulgotał z nimi przez jakiś czas wprawiając okoliczną, obserwującą ludność najpierw w osłupienie, potem w podziw, a na końcu w dumę (jakich to mamy uczonych – nawet po kosmickiemu gadają!). Na któreś pytające gulgotanie profesor pokiwał głową i wyciągnął ze swej skórzanej torby Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny, który następnie przekazał gruchającemu. Po czym, jak gdyby nigdy nic, odwrócił się na pięcie i poszedł zamyślony na plebanię, gdzie w otwartych drzwiach czekał ksiądz proboszcz. Rzecz oczywista cała ludność pobiegła za nim.
Plan ewakuacji obcych – kierunek: Ameryka
– Sprawa wygląda następująco – relacjonował profesor – oni przybyli z innej galaktyki w celach badawczych. Twierdzą, że są bardzo pokojowo nastawieni. Zwierzętom gospodarskim nie chcieli zrobić żadnej krzywdy, tylko je głaskali i całowali, aby je uspokoić.
– A świnie?! – zakrzyknął któryś z zebranych chłopów.
– Tak… co do świń, to wytłumaczyłem im, że one nie akceptują takiego traktowania – odparł profesor – ale jest większy problem, tu profesor zawiesił głos – oni chcą tu z wami zostać dłużej i was oswoić.
– Jak dłużej!
– Jak oswoić!
– Niech wypier… do siebie!
Zaczęli burzyć się ludzie.
– Boże w Niebiosach! – załamał ręce ksiądz – Co my mamy robić w tej sytuacji?
Wszystkie oczy z nadzieją zwróciły się na profesora Onegdajskiego.
– Wiecie…- profesor wyraźnie się namyślał – mam pewien pomysł. Możemy ich wysłać w inne miejsce, ale musi być tu, na Ziemii, bo powiedzieli, że teraz Ziemię badają i dopóki nie przebadają to nie polecą.
– O Jezuśku…! – wyrwało się Walczakowej.
– To gdzie?, gdzie?
Zaczęli pytać ludzie.
– Ano jest takie miejsce, które się kształtuje dopiero i różnorodność roślin i zwierząt jest, i ludzie z różnych miejsc na świecie – ciągnął swa myśl profesor – a wszyscy, którzy tam ciągną poszukują albo nowości, albo sensacji, albo zarobku łatwego… A o Stanach Amerykańskich toście słyszeli?
– A! To o tym nas nauczyciel jeografii uczył – wtrącił się Tomcio Pyziak.
– Bardzo dobrze! – ucieszył się profesor – macie tu jakąś mapę geograficzną?
– Jest w szkole! – zameldował Tomcio – Ale szkoła zamknięta bo nauczyciele uciekli do miasta.
– To nic – odezwał się ksiądz – ja mam klucze. Masz tu Tomcio i biegnij po mapę, gdzie będą te Stany!
– Dobra! To ja biegnę! – Tomcio już był za progiem.
– A uważaj mi żeby cię żaden kosmit nie złapał! – zawołał za nim jego ojciec.
Po pół godzinie Tomcio był z powrotem na plebani. Pod pachą miał rulon zwiniętej mapy.
– Dobrze – profesor przejął dowodzenie – plan jest taki – ja do nich pójdę i wyjaśnię sytuację, opowiem też o lepszym miejscu do badań i wpędzę w wyrzuty sumienia za nastraszone zwierzęta, rozwalone chałupy i zadeptane pola. A wy przyniesiecie mapę z zaznaczonymi Stanami Amerykańskimi, tak żeby widzieli, że taka jest wasza wola.
Jak powiedział, tak zrobił. Chwilę gulgotali, potem przeszli na czystą, poprawną polszczyznę. Okoliczna ludność pochowana za różnymi budynkami i krzakami nie kryła zdumienia:
– O żesz, w morde! Szybko się te mackowate uczo! – wyraził zdanie wszystkich Jacek Pyziak.
Ludność przyglądała i przysłuchiwała się w dalszym ciągu, aż w reszcie profesor Onegdajski uczynił umówiony znak, aby podszedł ktoś z mapą. Ludzie zamarli.
Z perspektywy profesora i kosmitów wyglądało to tak, iż przez dłuższą chwilę nic się nie działo, słychać było tylko przytłumioną dyskusję, a potem jakiś rodzaj szamotaniny, aż wreszcie w stronę kosmitów poleciał spory kamień owinięty papierową mapą i obwiązany sznurkiem. Na szczęście kosmici mieli wiele macek i refleks. Rozwinęli mapę. Czerwoną kredką woskową, mocno pogrubioną linią, zaznaczono Stany Amerykańskie, a na środku napisano „TU LEĆCIE!!!”. Kosmici pokiwali głowami, pomachali licznymi mackami, wsiedli do statku i odlecieli. Dziesięć sekund później już ich nie było widać.
Ludzie powychodzili z ukryć i dziękowali profesorowi za pomoc.
Jednak nie był to jeszcze koniec.
Deszcz meteorytów nad Pułtuskiem – kosmiczna wiadomość
30 stycznia 1868 roku w czwartek wieczorem, około siódmej, pojawiła się nad Warszawą kula ognista, jednakże nie tam była kierowana, więc minęła miasto obojętnie i poleciała dalej. Mieszkańcy Rzewni byli właśnie na nabożeństwie w kościele, kiedy usłyszeli dziwny, donośny, przeciągły odgłos. Pomni wydarzeń sprzed połowy roku, jak biczem podcięci, wybiegli zgodnie przed kościół. Oczom ich ukazał się następujący widok:
Z kosmosu, w ich stronę pędził olbrzymi kamulec, który zmieniał barwy. Kiedy zaczął mienić się na zielono, na jego środku rozjarzyły się na żółto, bardzo wyraźnie dostrzegalne przez zgromadzonych litery. Wiadomość głosiła:
„Dzięki za info. W Ameryce jest fajno. Przepraszamy za szkody. Jak będziemy wracać za jakieś 200 lat, to was odwiedzimy.”
Po czym głaz zmienił kolor na czerwony i rozpadł się na tysiące kawałków i kawałeczków.
Osłupiała ludność Rzewni stała w milczeniu. Aż wreszcie ktoś je przerwał:
– E, ludzie… napisali, że za 200 lat będą wracać, to nie mamy się czym przejmować!
– Dobrze gada! Dobrze gada! – poparli inni.
Nie było już co stać i gadać dłużej, bo zimno, ciemno i mokro. Ludzie rozeszli się do domów.
Zza winkla kościoła wyszły dwie postacie.
– Ciekawy sposób komunikowania – stwierdził pan Arkadiusz.
– Odpowiedzieli tym samym sposobem, co wcześniej ludność wiejska – odparł profesor Onegdajski.
– Co ty powiesz? – zdziwił się pan Arkadiusz – Chcesz powiedzieć, że wieśniacy rzucali w kosmitów kamieniami?
– No prawie – odpowiedział profesor – z tym że był to jeden kamień, owinięty mapą i wystrzelili go z procy.
– No popatrz jacy pomysłowi – stwierdził pan Arkadiusz – może bali się skażenia i choroby popromiennej?
– Prędzej ściskania, głaskania i cmokania – odrzekł uśmiechając się profesor. – No nic, trzeba będzie wziąć się do roboty. Będziemy mieli tu naprawdę dużo sprzątania i maskowania prawdy przed światowym środowiskiem naukowym.
– Ano jak zawsze – stwierdził pan Arkadiusz – to kiedy zaczynamy?
– Od jutra – powiedział profesor.
– A czy zauważyłeś, że jak to wybuchło to wyleciały z tego takie… – zaczął pan Arkadiusz.
– Jajka – wpadł mu w słowo profesor – nawet wiem jakie. Sądzę, że chcieli im wynagrodzić jakoś te wcześniejsze straty…
– I co rzucili im jajka dinozaurów? – zapytał pan Arkadiusz.
– No wiesz… jako zwierzę pociągowe, do pracy w polu… – zaczął rozważać profesor – no będziesz musiał ich poszukać i zneutralizować. Raczej nie chcemy, aby coś takiego tu teraz biegało…
– Raczej nie… – powiedział pan Arkadiusz – wiesz to ja chyba już zacznę ich szukać. Ciekawe ile czasu to zajmie?
– Ano zobaczymy… może rok, może dwa… – myślał na głos profesor.
Zajęło to znacznie dłużej, ale suma summarum, wyzbierali wszystkie jaja, czego dowody widzimy wszędzie dookoła, w postaci braku stosowania przez rolników w naszym kraju, dinozaurów, jako zwierząt gospodarskich.
Czy to naprawdę koniec tej historii?
Klasa Vb wracała właśnie z wycieczki do Pułtuska. Wszyscy byli zadowoleni, może z wyjątkiem pani wychowawczyni i pani polonistki, które marudziły coś o nieuzgodnionym rozszerzeniu harmonogramu wycieczki i żywieniu dzieci podejrzanymi potrawami, z zupełnym pominięciem obiadu, na który klasa była umówiona w lokalnej jadłodalni.
Dzieci były jednak zachwycone, każde wracało z własnym łupem czy to w postaci ozdóbek (to głównie dziewczynki), drewnianych mieczy i łuków, czy też, o ileż cenniejszych niż kupione, własnoręcznie wydobytych z ziemi skarbów.
Uczeń Radziszewski oglądał właśnie wykopany przez siebie z pola kamień. Kamień był w idealnie owalnym i lekko podłużnym kształcie. Nagle kamień zaczął drgać…
– Proszę pana! A mój kamień się rusza! – krzyknął do profesora.
Profesor Onegdajski w jednej chwili znalazł się przy chłopcu. Popatrzył na drgający kamień, po czym nie wiadomo do kogo powiedział:
– O cholender! Najwyraźniej to jedno przeoczył…
Autor: Ada Arden
Ta opowieść ma charakter literacki. Wszystkie postacie i wydarzenia fabularyzowane są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest przypadkowe – z wyjątkiem samego spadku meteorytu Pułtusk, który jest faktem historycznym.
Meteoryt Pułtusk – fakty
Data spadku: 30 stycznia 1868 roku
Lokalizacja: okolice Pułtuska, Mazowsze
Typ: chondryt kamienny
Charakter zjawiska: bolid i deszcz meteorytów
Liczba fragmentów: tysiące odnalezionych okazów
Znaczenie: jeden z największych deszczy meteorytów w Europie



